Wernisaż

OUTSIDER – wernisaż

Od soboty 4 marca 2017 r. w Centrum Kultury Śląskiej prezentowana jest wystawa malarstwa oraz rzeźby Marka Grabowskiego, artysty, poety, nauczyciela sztuk plastycznych, a także autora głęboko filozoficznych felietonów na temat sztuki. I z takim właśnie felietonem, tyle że wygłoszonym słownie do licznie przybyłych gości wernisażu (wśród nich dziennikarz Tomasz Kostro, właściciel galerii sztuki Polonia-Art Adam Harkawy oraz wielu przyjaciół Marka Grabowskiego z Dąbrowy Górniczej) mieli do czynienia uczestnicy otwarcia. Autor wystawy odniósł się w nim zarówno do własnej twórczości, jak i do historycznych trendów malarstwa, które doprowadziły do wyłonienia się z nich abstrakcji, czyli tego gatunku, który uprawia. – Artysta ma zawsze skrzywione spojrzenie na rzeczywistość, dlatego proszę nie brać na serio tego, co mówię. Artysta musi prowokować, dawać do myślenia – zaznaczył na wstępie Grabowski, dodając, że dziś nie jest już outsiderem [na co wskazywać mógłby tytuł wystawy].
Dla gości wernisażu z pewnością najciekawsze były refleksje dotyczące twórczości Grabowskiego, ponieważ nie da się ukryć, że obrazy w swej istocie nie różnią się od siebie za bardzo (oglądając je warto zwrócić uwagę na przewrotne podpisy, świadczące o dużej inwencji słowotwórczej autora). Grabowski wyjaśnił to w sposób następujący: owszem, słyszał uwagi, że to wszystko jest jednakowe, podobne do siebie, ale malując swoje obrazy na przestrzeni wielkości 2m2 zaczął się zastanawiać i doszedł do konkluzji poniekąd tłumaczących, że artyści dojrzali, w pewnym wieku, wyeksploatowani malują ten sam obraz, np. kółka, kwadraty. – Widocznie tak to już jest z powodu wieku i przestałem nad tym ubolewać. Wyjaśnił także, że malując obrazy, nie stosuje pionów i poziomów i używa tylko trzech kolorów, a kiedy kończą mu się farby, dolewa wody i stąd się biorą owe rytmy, których on sam unika. W czasie tego, skądinąd bardzo interesującego wykładu Grabowski omówił początki i ewolucję sztuki modernistycznej (sięgając do narodzin fotografii, a nawet do czasów Vermeera z Delft, który malując posługiwał się camerą obscurą), odniósł się do wrażliwości artystycznej dzieci i wyraził parę krytycznych uwag na temat stanu sztuki współczesnej oraz upadku wielu galerii sztuki.
Wiele by jeszcze mógł (i chciał) Marek Grabowski powiedzieć na ten temat, ale nadeszła pora na przeżycia nieco innego rodzaju, mianowicie na spektakl światła, muzyki i obrazu. Zanim jednak goście udali się na piętro, przyjaciółka artysty, pani Maria Lamers, zaśpiewała z własnym akompaniamentem gitarowym dwie piękne ballady: o sąsiedzie i o malarzu.
Na wspomniany spektakl – autorski pomysł kuratorki wystawy, Magdaleny Zaton i całkowite novum w dziejach Centrum – złożyła się projekcja obrazów Marka Grabowskiego do muzyki tarnogórskiego zespołu November Might Be Fine, który wykonał ją schowany za kurtyną z białego płótna, podświetlonego kolorowym światłem. Pulsująca muzyka, w której chwilami ciężkie brzmienie przeplatało się z kawałkami bardziej melodyjnymi, stworzyła klimat bardzo psychodeliczny, doskonale współgrający charakterem obrazów Grabowskiego. „Rewelacja!” – powtarzał bardzo uszczęśliwiony bohater wieczoru. Warto wspomnieć, że część programu tego koncertu pojawi się na najnowszym, drugim już krążku zespołu, noszącego tytuł „South” (premiera 28 kwietnia w Tarnogórskim Centrum Kultury).
Po tej potężnej porcji wrażeń goście wernisażu udali się na tradycyjny poczęstunek. Tym razem były to kruche ciastka z abstrakcyjną dekoracją nawiązującą do obrazów Grabowskiego, upieczone specjalnie na wernisaż przez Hotel „Opera” w Tarnowskich Górach.

Fot. Magdalena Zaton